• Tytus Hołdys

John Williams kończy 90 lat!

Zaktualizowano: 27 mar

Przez cały dzień zbierałem się do tego aby napisać te kilkadziesiąt znaków. Jak jednak ubrać w słowa tak ogromną miłość do artysty i jego twórczości? Jak przelać na klawiaturę komputera te wszystkie emocje, te wszystkie wspomnienia jakie mu i jego kompozycjom zawdzięczam? Dlatego będzie osobiście. Bo w takich okolicznościach najlepiej jest pisać prosto z serca.


Dziś swoje 90 urodziny obchodzi John Williams. Kompozytor, który swoimi dźwiękami pomalował mi dzieciństwo i sprawił, że pokochałem kino oraz muzykę filmową całym sercem.


Choć mogło być zupełnie inaczej.

John Williams, zdjęcie Jonathan Ross / New Yorker

Tak.

To w końcu seans filmu “E.T.” Stevena Spielberga zaowocował największą traumą mojego dzieciństwa.

Naprawdę. Do dziś pamiętam to duszące uczucie strachu, które towarzyszyło mi podczas oglądania niektórych scen tego filmu. Już sam jego początek - zadymiony statek kosmiczny pełen przedziwnych roślin i grzybów, te niepokojąco kiwające się w oddali na boki dziwne postaci - sprawiły u mnie przyspieszone bicie serca. Nie wspominając już o momencie, w którym Eliot po raz pierwszy spotyka tego długoszyjnego przybysza z kosmosu…


Jak tylko E.T. wynurzył się z przydomowej wiaty i zaczął szybkimi krokami zbliżać się w stronę chłopaka - to wtedy już nie wytrzymałem i chowając się za plecami Taty poprosiłem go by ten czym prędzej wyciągnął z odtwarzacza VHS wypożyczoną kasetę. Byłem przerażony.


Miałem wtedy pewnie jakieś 5 lat.


Ojciec jednak się nie poddał.

Zaczął tłumaczyć mi, że to jest jedynie film, że to piękna opowieść o sile przyjaźni i o tym, że warto jest być dobrym i postępować słusznie. Oczywiście starałem się to wszystko pojąć i zrozumieć, ale te wszystkie dotychczasowe kadry, cienie, sprytny montaż ukrywający E.T. w półmroku przez pierwsze kilkanaście minut naprawdę nie zachęciły mnie do dalszego jego oglądania. No, ale Tata to Tata. Gdyby coś złego miało się stać, to on by mnie obronił. A już na pewno nie pokazałby mi jakiegoś przerażającego filmu.


W końcu zgodziłem się by ponownie wcisnął play, jednocześnie pozostając wtuloną w jego ramię kulką. Tak na wszelki wypadek, gdyby zdarzyło się coś strasznego. Bo zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze, prawda?


Ostatecznie film “E.T.” obejrzeliśmy do końca. Przyznaję - było w tej historii coś na tyle fascynującego, że mój malutki łebek chciał jej poznać jak najwięcej. Choć kolejne sceny - jak gdy kosmita leży umierający najpierw w lesie, a później w łazience, czy gdy z wrzaskiem wybudza się z ogromnej przeszklonej lodówki - znowu przyprawiły mnie o dreszcze i przebiegające po całym ciele ciarki.

Kilka dni później miałem pierwszy w życiu koszmar. Śniło mi się, że goni mnie E.T.. Że chce mnie pożreć.

Z biegiem czasu tych sennych koszmarów było więcej - i do dziś pamiętam każdy jeden z nich… O co z resztą nie trudno biorąc pod uwagę, że z krzykiem i zlany potem budziłem się w życiu tylko wtedy, kiedy śniła mi się właśnie ta konkretna postać.


Tata zaczął mieć wyrzuty sumienia.


Zrozumiał, że albo byłem zwyczajnie za mały na ten seans, albo, że moje dotychczasowe baśniowe postrzeganie świata nie było wystarczająco przystosowane do zderzenia się z czymś tak (jak mi się wtedy wydawało) rzeczywistym.


Dlatego zdecydował się on powalczyć z moim lękiem i postanowił skonstruować wzorowany na filmowym urządzeniu komunikator. Wiecie - ten sam, którym E.T. próbuje nawiązać kontakt ze swoją rodziną na statku.


I, jak mi się wtedy wydawało, wyszedł mu sprzęt bardzo do tamtego podobny. Komunikator zbudowany był z tarczy do piły, do której przymocowany był metalowy wieszak. Miał małe radyjko, była puszka po konserwach, a nad całością rozpostarty był malutki parasol. Nie brakowało oczywiście kabelków, które sprawiły, że urządzenie wyglądało jeszcze bardziej realistycznie. Czemu jednak Tata postanowił coś takiego stworzyć? Gdyż uznał, że jeśli taki Komunikator zadziała, to wtedy sam poznam E.T. i przekonam się, że jest on naprawdę przyjaźnie nastawionym do mnie ufoludkiem.


Wieczorem położyłem się do łóżka, ale nie mogłem zmrużyć oczu. Cały czas zerkałem na połyskującą w świetle księżyca tarczę i mieniący się wieszak. W końcu wstałem, poszedłem do pokoju rodziców i obudziłem Tatę każąc mu zdemontować całość.


Powiedziałem, że nie jestem gotowy na takie spotkanie. “Tato, my nawet nie mamy w domu żadnych drażetek, którymi moglibyśmy E.T. ewentualnie poczęstować. A jeśli się z tego powodu zezłości i postanowi mnie zjeść?” dodałem.

Dlaczego jednak o tym wszystkim napisałem?


A to dlatego, że doskonale pamiętam również to, co odpowiedziałem gdy Tata zapytał mnie czy naprawdę nic mi się w tym filmie nie podobało.


“Muzyka. Muzyka mi się podobała. To jak latali. Gdybym umiał latać to chciałbym, by grała mi wtedy taka muzyka”.


Minęło kilka lat i na jednym z seansów w warszawskim kinie Capitol pojawił się zwiastun “Parku Jurajskiego”. Dinozaury to była dla mnie zupełnie inna bajka. Od dzieciaka kochałem te krwiożercze bestie. I proszę - nie pytajcie mnie czemu bałem się małego i miłego przybysza z innej planety, a jednocześnie marzyłem o własnym T-Rexie.


Kiedy przychodził termin szczepienia w lokalnej przechodni, to nie bałem się na nie iść. Albo inaczej - nienawidziłem igieł, momentu ukłucia, ale jednocześnie wiedziałem, że jak tylko wyjdę z gabinetu pielęgniarki to będę musiał się bacznie rozglądać po całym budynku. Gdyż rodzice za każdym razem zostawiali dla mnie - w jednej ze stojących na korytarzu roślin doniczkowych - gumowo-plastikową figurkę dinozaura. W końcu miałem ich całkiem pokaźną kolekcję, więc było dla mnie całkiem oczywistym, że “Park Jurajski” muszę zobaczyć najszybciej jak tylko to będzie możliwe. Dlatego z wypiekami na twarzy czekałem na seans, a Tacie udało się nawet zdobyć bilety na pokaz premierowy. A w tamtych czasach to było naprawdę coś.


Podjechaliśmy pod kino, zamówiliśmy gigantyczny kubek popcornu i colę, po czym weszliśmy na salę. Usiedliśmy - jak zawsze - w 6 rzędzie od tyłu, tyle, że z boku. Zawsze siadaliśmy z boku. I czekaliśmy na rozpoczęcie seansu.


W końcu pojawiła się czołówka Universal Pictures (uwielbiam czołówki) i zaczął się film, który - jak się miało okazać - zmienił całe moje życie.

Bo to właśnie “Park Jurajski” sprawił, że pokochałem kino. A z nim zrobił to John Williams.

Jak wyszliśmy z kina i Tata - co już było pewnego rodzaju rytuałem - ponownie zapytał co mi się w filmie najbardziej podobało, to tym razem odpowiedziałem bez wahania, że WSZYSTKO. Po czym zerknąłem na niego z uśmiechem i dodałem:


“Ale ta muzyka to chyba najbardziej!”


Bo w kinie chodzi o emocje i wyobraźnię. A John Williams umie w te sprawy jak mało kto.

***


John Williams powiedział kiedyś, że dla niego nie istnieje podział na sztukę wysoką i sztukę niską. Że największa siła muzyki polega na tym, że jeden utwór, jedna kompozycja, może w niewidzialny sposób połączyć dwóch kompletnie obcych sobie ludzi żyjących na odległych zakątkach globu. I John jest pod tym względem niczym filmowy Spider-Man - jego muzyczna sieć oplotła cały świat sprawiając, że kolejne pokolenia zakochują się w kinie i na nowo przeżywają te dziesiątki niesamowitych historii.


Gdyż jak przypomniała mi dziś Magda Miśka-Jackowska słowa Stevena Spielberga… „Bez niego ani rowery nie mogłyby latać, ani miotły w meczach quidditcha, ani nawet mężczyźni w czerwonych pelerynach. Nie byłoby mocy, dinozaury nie chodziłyby po ziemi. Nie dziwilibyśmy się, nie płakalibyśmy. I nie wierzylibyśmy”.


***


Dziękuję za “Park Jurajski”.


Dziękuję za “Hook”.


Dziękuję za “Gwiezdne Wojny”.


Za “Kevina samego w domu”, “Toma Sawyera” i "Harry’ego Pottera”.


Za “Szczęki”.


Za “Listę Schindlera”, “Szeregowca Ryana”, “Czas Wojny”, “Amistad”, “Monachium”, “JFK” i “Lincolna”.


Za “Wyznania Gejszy”, “Imperium słońca”, “Siedem lat w Tybecie”.


Za “Raport Mniejszości” i “Wojnę Światów”. Za “Supermana” i “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”.


Za “Czarownice z Eastwick”, “Terminal” i “Złap mnie jeśli potrafisz”.


Za “Płonący wieżowiec” i “Tragedię Posejdona”.


Za “Rzekę”, “Przełomy Missouri”, “Stanely i Iris”, “Przepustkę dla marynarza”, “Koniokradów”, “Obrazy”, “Długie pożegnanie”, “Przypadkowego turystę”, “Rosewood”.


Za koncert w Berlinie.


I za te wszystkie emocje.

Za radość i łzy.

Za śmiech i strach.

Za ekscytację i spokój.


I tak. Mimo wszystko, dziękuję za tego pieprzonego “E.T.”.

Wszystkiego najlepszego, Maestro!
114 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie